X
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Menu strony

Kronika grubego podbródka czyli wywód o genetyce narodowej z baroku rodem - część I

Pewnie zapyta ktoś, co to ta "genetyka narodowa"? Ano nic specjalnego, poza kilkusetletnim obyczajem, który Polaka przygwoździł wieki temu i do dziś nie chce puścić. Nasi dawni rodacy znani byli w świecie z uczt wystawnych, pijaństwa okrutnego oraz niedorzecznej wręcz gościnności. I coś nam, współczesnym, z tych sarmackich czasów zostało.

Kiedyś, każdy gość, straszliwie objedzony (po staropolsku mówiąc "oźrały") i okrutnie trunkami napojony, miewał kłopoty z dotarciem do swego lokum. Dziś bywa podobnie, bo polska natura, czerpiąc ze wzorców szlacheckiej tradycji, niejako genetycznie ma zaszczepioną skłonność do zmuszania gości do jedzenia i picia ponad miarę. Komu nie zdarzyło się wymawiać objedzonym żołądkiem przed kolejną dokładką, bronić przed dolaniem następnego kieliszka trunku, niech rękę podniesie odważnie. Polski stół takich sytuacji nie dopuszcza, bo przesiąkł barokową skłonnością do przesytu. A jak sobie nasi tędzy przodkowie o potężnych brzuchach i kilku podbródkach dogadzali, chętnie Państwu opowiemy.

Chwalącemu prezent dano
Dawno temu, za siedmioma zupami, za siedmioma deserami, żyli barokowi szlachcice, którzy, jak rok długi i szeroki, jedli, pili i nieludzko tyli. Każde zdarzenia było dla nich doskonałym pretekstem do wystawnej uczty. Nie tylko urodziny, śluby, stypy, ale i każde odwiedziny. A odwiedzać lubili się ponad wszelką miarę. Goście zjeżdżali z rodziną, domownikami, służbą, psami i końmi. Zdarzało się, że jednego szlachcica nawiedzało kilkudziesięciu gości na raz. Tygodniami żyli na koszt gospodarza, który, niezależnie od tego, ile osób przyjechało, wszystkich witał z szacunkiem i częstował "czym chata bogata". Z reguły, gdy już goście objedli i opili gospodarza do cna, zabierali go razem z całą rodziną, służbą, końmi i psami – i, tak pomnożeni o dodatkową wesołą kompanię, jechali obżerać kolejnego nieszczęśnika. Zdarzało się, że jak rok długi, podróżowali od jednego do drugiego.
Czasem goście bywali szczególnie uciążliwi. Jak mówi barokowa anegdota, Sarmata Hieronim Sobieski nie mógł znieść widoku swej piwnicy i spiżarni opróżnianych w zastraszającym tempie. Na oczach gości ubrał się więc w szaty podróżne, a ucztującym na jego koszt oświadczył, że opuszcza dom, skoro oni sami wyjechać się nie kwapią. Wszyscy pożyczyli mu szczęśliwej podróży i zostali w domu Sobieskiego, bez skrupułów pozbawiając go zapasów.

szlachta
Opracowanie: M. Machay, eksponat - G. Hoffman
Nie dość, że trzeba było udostępnić gościom spiżarnię i piwniczkę z trunkami, należało jeszcze, wedle zwyczaju, obdarować każdego z nich prezentem. Przy drobinie szczęścia można było dostać konia z rzędem, szafę czy rzeźbione krzesło, albo, skromniej, złotą szkatułkę czy inkrustowaną tabakierkę. Niezależnie od rozmiaru prezentu przyjąć go należało. Gdyby gość wzbraniał się (nawet kurtuazyjnie), obrażony gospodarz wyzwałby go na pojedynek i tak krwawo skończyłaby się przyjaźń. Jeden z najsłynniejszych polskich szlachciców, Radziwiłł Panie Kochanku, tak szczodrze obdarował swoich gości, że został w samych hajdawerach. Ofiarował im nawet ukochanego psa!

Problem w tym, że polski szlachcic musiał oddać gościowi to, co ten pochwalił. Często nawet z uprzejmości wygłoszone zdanie: "Och, jaki masz Waćpan piękny dywan", skutkowało wręczeniem tegoż dywanu gościowi. Szlachta sama stworzyła taki obyczaj, za który potem ciężko pokutowała, pozbywając się co lepszych rodowych dóbr. Nadrobić starty nie było jednak trudno, wystarczyło odwiedzić sąsiada, pochwalić, co wpadło w oko i już wracało się z wozem wyładowanym prezentami.

Jedzą, jedzą i pękają
Fachowcy nazywają szlacheckie uczty "teatrem podniebienia", gdyż Sarmaci kochali kolory, ozdoby i kulinarne maskarady. Na zamożnych stołach pojawiały się indyki z pawimi ogonami, stojące(!) na olbrzymich tacach pieczone dziki i jelenie. Ogromne torty były prawdziwymi historiami z cukru: pokazywały wyprawę Cezara przez Alpy, sejmiki szlacheckie, polowania, sceny z życia Sarmatów. Kucharze wspinali się na wyżyny talentu graniczącego z wyuzdanym obłędem.
Innym ekscentrycznym pomysłem było farbowanie cukrów skrawkami materiału urwanymi ze znoszonych, barwnych koszul bądź, jak mówił kronikarz tamtych czasów, Jędrzej Kitowicz, za przeproszeniem, z "gaci".
Do pieczenia używano chętnie starego, zjełczałego masła. Było, jak twierdzono, "sporsze" i nadawało tortom wyrazistego smaku. Niektórzy tamtejsi znawcy stołu skarżyli się na nadmiernie tłuste potrawy i – polską specjalność – gęś czarną. Podobno, idąc za słowami Kitowicza, słomę, którą palono, by potem "doprawić" nią gęś, kucharz wyjmował prosto z buta. Widać, gościom takie zwyczaje nie przeszkadzały, bo lubowali się w tej niewyobrażalnie ostrej, tłustej i ciężkostrawnej kuchni.

Nas, współczesnych, zabiłoby szlacheckie śniadanie, które z upodobaniem opisywał w "Panu Tadeuszu" Mickiewicz. Kobietom serwowano gorący twaróg wymieszany z piwem. Mężczyźni raczyli się wędlinami, wędzoną gęsiną, ozorem wieprzowym i zrazami. Wszystko, dla lepszego trawienia, popijano wódką czy piwem. A potem następował, o zgrozo, ciąg dalszy w postaci bardzo sutego obiadu.
Kitowicz potwierdza, co przeczytaliśmy u Mickiewicza, że Sarmaci uwielbiali mięso. Jedli go niewyobrażalnie dużo. Z reguły półmiski z mięsiwem musiało wnosić do biesiadnej sali dwóch służących, tak były ciężkie.
Zdarzało się na niektórych ucztach, że na stołach pojawiało się aż 60 dań. I wszystkie bardzo chętnie degustowano! Sarmaci byli w wstanie "wchłonąć" niewyobrażalne ilości jedzenia i alkoholu. Stąd nikogo nie dziwiło, że jeden człowiek zjadł na obiad kaczkę, gęś, udziec z dzika, popił tłustym rosołem i zakąsił ćwiartką tortu - http://www.tort-artystyczny.pl/. A po chwili żądał dokładki…

Mentor w bucie ukryty
Wiemy już nieco o tym, co jadała polska szlachta. Teraz kwestia – "jak" jadano. Ponieważ po kolejnych posiłkach nie wymieniano talerzy, Sarmaci wycierali zastawę o obicia foteli, względnie rękawy kontusza współbiesiadnika. Ich savoire-vivre'owi można wiele zarzucić.

Sarmata przynosił ze sobą na ucztę własne sztućce, wyciągając je zza pasa lub z cholewy buta. Zdobione łyżki i noże były wtedy na tyle drogie, że gospodarz dysponował zaledwie kilkoma kompletami. Przypadały w udziale co dostojniejszym gościom. Reszta radziła sobie, jak mogła. Jeśli ktoś zapomniał łyżki, pożyczał od sąsiada, gdy ten już zjadł, albo tworzył ją ze skórki chleba zatkniętej na nóż.
Sarmaci nie używali widelców (nota bene – widelce nieśmiało wkraczają na polskie stoły dopiero w XVII wieku!). Mięso kroili często potężnymi nożami, ale "jedli" rękami. Sprawnie za to posługiwali się łyżkami. Z nimi też łączy się swoisty rozdział kultury stołu. Łyżki olśniewały biesiadników ornamentami, srebrem czy grawerowaną sentencją. Panowała wtedy wielka moda na umieszczanie napisów na łyżkach. Korzystający z życia hedonista miał na jej trzonku napisane - "Miła wieść, gdy wołają jeść". Czasem łyżka niosła swoiste memento - "Nie kładź mnie w zanadrza, bym ci nie wypadła". Inna ostrzegała potencjalnego złodzieja - "Mnie kto skryje, bardzo mój pan bije", jeszcze inna zapowiadała amatorowi cudzych sztućców smutny koniec - "Dla srebra kawalca powieszą zuchwalca". Niestety, niewielu Sarmatów przejmowało się tymi uczonymi sentencjami, bo też wielu nie umiało czytać.

Skoro Sarmaci tak tłusto i przeraźliwie dużo jadali, musieli czymś wspomagać nieszczęsne żołądki, by zdołały przetrawić stosy jedzenia. Druga część "Kroniki grubego podbródka" wyjawi sekrety straszliwych "oźralców", którzy bywali też pierwszorzędnymi "opilcami" (Takie zabawne sformułowanie zaczerpnęliśmy z wierszy pewnego renesansowego biskupa, który wraz przyjaciółmi założył towarzystwo "oźralców i opilców").
Bez zażenowania i wstydu odkryjemy przed Państwem tajemnice wychylanego bez umiaru sarmackiego kielicha.

Dziękujemy serdecznie Wydawnictwu Dolnośląskiemu za możliwość publikacji zdjęcia M. Machaya – prezentującego Nautilusa w kształcie pawia.
Dziękujemy również Muzeum i Fundacji Czartoryskich w Krakowie za wyrażenie zgody na umieszczenie sfotografowanego eksponatu przy naszym artykule.

Joanna Gawlikowska
Krystian Wawrzyczek
Źródło: www.centrumpolskiego.pl
18-03-02 10:05:02